Pomimo panującej jeszcze zimy, witam wszystkich bardzo ciepło.
Kiedy otrzymałam zaproszenie do przygotowania wpisu na blogu z cyklu Chwila dla Mamy, pomyślałam, że choć sama mamą nie jestem, to doskonale rozumiem, czym jest codzienny bieg na najwyższych obrotach.
Jako opiekunka gromadki dzieciaków oraz aktywna ciocia i matka chrzestna żywiołowej trzylatki, każdego dnia muszę mieć silnik odpalony na pełną moc. W takim tempie każda z nas potrzebuje swojego zaworu bezpieczeństwa, a ja znalazłam go w miejscu, o które jeszcze niedawno bym siebie nie podejrzewała. Chciałabym Wam opowiedzieć o tym, jak śnieg stał się moją ulubioną metodą na reset.
Moja historia z chodzeniem boso wcale nie zaczęła się od wielkiej odwagi. Wręcz przeciwnie – moje stopy zawsze były niezwykle wrażliwe na dotyk, wręcz przeczulone na każdy bodziec. Do niedawna spacer brzegiem morza bez butów czy klapków był dla mnie wyzwaniem nie do przejścia, a myśl o gołych stopach na trawie czy podłodze budziła jedynie dyskomfort. Wszystko zmieniło się dzięki mojej najlepszej przyjaciółce.
To ona, z ogromną cierpliwością, zaprosiła mnie pewnego dnia do wspólnego spaceru boso po trawie.
Pomogła mi przełamać te wewnętrzne bariery i pokazała, że to, co brałam za drażniący bodziec, może być kojącym masażem i najczystszą formą relaksu. Dzięki niej odkryłam zupełnie inny wymiar odczuwania ziemi pod stopami i nagle to, co było niemożliwe, stało się moją codzienną przyjemnością.
Kiedy już oswoiłam trawę i piasek, przyszedł czas na krok dalej – zimę i śnieg.
Jeśli wydaje Wam się, że przy wrażliwych stopach chodzenie po śniegu to tortura, to muszę Was wyprowadzić z błędu. Dla mnie to moment absolutnego wyciszenia. Kiedy po całym dniu opieki nad dzieciakami, gdy energia jest już na wyczerpaniu, wychodzę na chwilę na śnieg, czuję natychmiastowe uziemienie.
To nie tylko hartowanie ciała, ale przede wszystkim genialny sposób na odciążenie nóg i głowy. Ten mroźny impuls sprawia, że krew zaczyna szybciej krążyć, a opuchlizna i zmęczenie znikają, ustępując miejsca niesamowitej lekkości.
Dzisiaj, stojąc boso na śniegu, wspominam dawną siebie, która bała się piasku na plaży, i uśmiecham się do tych wspomnień. Ta chwila w zimnie to mój czas na regenerację, bym mogła wrócić do moich dzieciaków z nową dawką cierpliwości i uśmiechu.
To niesamowite, jak natura potrafi pobudzić krążenie i przynieść ulgę bez drogich zabiegów w spa. Czuję wtedy, że robię dla swojego organizmu coś absolutnie pierwotnego i dobrego. Ta lekkość, która pojawia się tuż po tym, jak już założysz ciepłe wełniane skarpety i napijesz się herbaty, jest nie do opisania. To fala gorąca i satysfakcji, która rozlewa się po całym ciele.
Drogie Mamy, nie namawiam Was od razu do wskakiwania do przerębla. Chciałabym po prostu zasiać w Was ziarno ciekawości. Może jutro rano, zamiast tylko zerkać przez okno na termometr, odważycie się na trzydzieści sekund spaceru boso po oszronionej trawie lub śniegu na balkonie?
Zobaczcie ten krótki filmik jednej z mam czwórki dzieci, która dzieli się właśnie tą krotką przyjemna chwilą na własnym tarasie.
To jest ta chwila, w której robicie coś tylko dla siebie, przełamujecie własne bariery i wracacie do domu z wypiekami na twarzy, które nie są wynikiem makijażu, ale autentycznego życia. To mój sprawdzony sposób na to, by w codziennym kołowrotku obowiązków poczuć, że mam w sobie siłę, o której istnienie wcześniej siebie nie podejrzewałam.
Chciałabym Was zachęcić, byście spróbowały przełamać swoje małe bariery, tak jak ja zrobiłam to z pomocą mojej przyjaciółki. Czasem wystarczy kilka kroków po oszronionym balkonie, by poczuć, że żyjemy pełnią piersią i że mamy w sobie siłę, która pozwoli nam dogonić każdą radosną trzylatkę.
MAJALENA




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz